Wywiad z Buckethead (tłumaczenie)

Rozmowa Barryego Michelsa z Brianem Carrollem (Buckethead) odbyła się w ramach audycji Coming Alive w październiku 2017 roku. Poniżej przedstawiam moje tłumaczenie całej rozmowy. Zapraszam do lektury!

BM (Barry Michels ): Brian Carroll, znany jako Buckethead, jest jednym z dziesięciu najszybszych gitarzystów na świecie. Ma na swoim koncie prawie 300 albumów studyjnych. Współpracował z takimi gwiazdami jak: Bootsy Collins, Bernie Worrell, Iggy Pop, Viggo Mortensen, a w latach 2000-2004 był gitarzystą zespołu Guns’n’Roses. Filmy z Brianem na YouTube mają miliony wyświetleń i osobiście uważam, że dla miłośników muzyki, w szczególności gitarowej, są hipnotyzujące. Sprawdźcie sami. Dla mnie jest najbardziej uduchowionym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałem. Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej, zajrzyjcie na jego stronę https://www.bucketheadpikes.com/. Brian, bardzo Ci dziękuję, że jesteś dziś tu z nami.

BC (Brian Carroll): Ja również dziękuję, bardzo mi miło.

BM: Proszę. Pozwól, że zacznę od pytania, które zadaję wszystkim  swoim gościom: co jest dla ciebie największą przeszkodą, trudnością, innymi słowy: jaki jest twój największy wewnętrzny wróg? Jakbyś go opisał?

BC: To na pewno strach. Lęk paraliżuje mnie, nie pozwala robić tego co powinienem. Ciągle z nim walczę.

BM: Możesz dać przykład takiej sytuacji? Nie musi być aktualny, może coś z przeszłości?

BC: Chcę otworzyć wesołe miasteczko, ale dzwonienie, nawiązywanie kontaktów i inne sprawy biznesowe – to dla mnie problem. Wiem, że muszę to zrobić, ale to trudne.

BM: To ciekawe co mówisz, bo jako terapeuta zauważyłem, że telefonowanie, szczególnie do obcych ludzi, często bywa kłopotliwe dla moich pacjentów. Niby to nic trudnego: wystarczy podnieść słuchawkę i zadzwonić, ale z różnych powodów świadomość bycia ocenianym bywa onieśmielająca. Zauważyłem  również, że sukces osiągają nie koniecznie ci najbardziej utalentowani i inteligentni, ale ci, którzy wykonywali najwięcej telefonów [śmiech].  Jak radzisz sobie ze swoim lękiem?

BC: Podczas naszej pierwszej rozmowy mówiłeś mi o tożsamości wewnętrznej i zewnętrznej. To była dla mnie bardzo ważna lekcja. Pamiętam ją, bo pomaga mi w znoszeniu krytyki: myślę wtedy o swojej tożsamości wewnętrznej i nie przejmuję się tym, co mówią inni.

BM: Rozumiem. Pozwól, że powiem słuchaczom o czym wtedy rozmawialiśmy. Tym, co zwróciło moją szczególną uwagę podczas naszego pierwszego spotkania  był fakt, że jesteś nieprawdopodobnie utalentowanym człowiekiem i brak chęci telefonowania, np. żeby wesprzeć swoją muzykę lub wesołe miasteczko, w tym sensie jest dewaluacją tego, co masz w sobie wartościowego. Reakcję innych ludzi, zarówno te osobiście doświadczane jak i te wyobrażone, przekładałeś na swój talent dany przez Boga. Mam na myśli to, że swoją tożsamość możesz budować na podstawie informacji otrzymywanych z zewnątrz lub w twoim wyobrażeniu stamtąd pochodzących, np. krytyki, odrzucenia, wyśmiewania, itd., a z drugiej strony możesz budować ją na podstawie tego, co już masz w sobie i musisz wydobyć na światło dzienne. Jeśli postąpisz w ten drugi sposób, wtedy łatwiej będzie ci podjąć działanie bez przejmowania się reakcją innych.

BC: Tak, to ważna lekcja, dziękuję za nią.

BM: Powiedz mi więc, co pomogło ci pokonać lęk przed telefonowaniem? Co się zmieniło?

BC: Uwolniłem się od strachu i mogę skupić się na tym, co ważne. Tak samo jak wtedy, gdy byłem dzieckiem i beztrosko bawiłem się w wymyślonych światach bez świadomości tego, co robię. Po prostu to robiłem, oddawałem się bez reszty, odpływałem. Staram się szanować ten stan, bo dzięki niemu otwieram drzwi do mojego wewnętrznego świata. Czuję różnicę między byciem „w środku” i „na zewnątrz” i staram się, może powinienem bardziej, zwracać uwagę na to gdzie i kiedy jestem.

BM: To ważne co mówisz, bo często nie jesteśmy świadomi podejmowanych decyzji. Martwimy się i zadręczamy nie zdając sobie sprawy z tego, że większe znaczenie ma dla nas zdanie innych niż to, co chcemy przekazać. Robimy tak czasem odruchowo. Dlatego uświadomienie sobie, że dana decyzja nie jest koniecznie dobra dla mnie, że daje innym zbyt wielką władzę nade mną – władzę, którą przecież nie każdy chce posiadać – daje możliwość wyboru.

Znamy się długo i wiem, że wiele przeszedłeś. Czy chciałbyś się z nami czymś podzielić? Pytam, bo jako terapeuta wiem, że bez względu na to jak bardzo ktoś wydaje się poukładany, każdy człowiek, w tym również ja, ma za sobą trudne doświadczenia, a ludziom pomaga słuchanie o przeżyciach innych.

BC: W porządku. Od niedawna zmagam się z chorobą serca. Mam to już od dawna, ale dopiero od jakiegoś czasu objawy się nasiliły. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Próbowałem sobie z tym radzić sam, ale bezskutecznie. W końcu zdecydowałem się pójść do lekarza i dowiedziałem się, że mam stan przedzawałowy. Byłem zaskoczony, bo poza tym czułem się całkiem dobrze, nic mi nie dolegało. Zbadałem się i wyszło, że mam arytmię. Serce mam w porządku, to coś z nerwami, jakaś sprawa genetyczna, do końca nie wiadomo. Ataki są bardzo ciężkie, mam problem żeby się poruszać. Leczę się. Biorę leki, co jest dla mnie niewygodne, bo nigdy niczego nie brałem; niemniej jestem za nie wdzięczny, bo pozwalają nie oszaleć. Jakoś sobie z tym radzę dzięki przeformułowaniu myśli, np. skupiam się na pisaniu pamiętnika, ale trudno mi o tym nie myśleć: choroba jest częścią mnie i nie mogę od niej uciec. Cały czas podświadomie wsłuchuję się w rytm serca, szukam nieprawidłowości w jego pracy. Nigdy dotąd czegoś takiego nie doświadczyłem. Z drugiej strony staram się patrzeć na to pozytywnie – teraz dużo łatwiej podejmuję spontaniczne działania, jak np. ten wywiad, bo wiem, że jeśli bym tego nie zrobił, to bym żałował. Teraz robię wszystko w trybie pilnym – może nie powinienem, ale robię.

BM: Czyli przeformułowanie pomaga Ci w walce z lękiem?

BC: Tak – pozwala mi się uspokoić.  Nie chcę żeby choroba zrujnowała mi życie, nie chcę czekać na kolejny atak. Dużo ćwiczę na gitarze, choć teraz już mniej intensywnie; uczę się grać łagodniej, mniej wyczerpująco. To również mnie w pewnym sensie uspokaja, bo pozwala wykorzystać chorobę do czegoś dobrego, konstruktywnego.

BM: Z tego co mówisz wynika, że wkładasz ogromną ilość pracy w przekształcenie trudnego doświadczenia w coś pozytywnego. Świadomość śmierci przeraża nas wszystkich i może być przeszkodą nie do pokonania. Ty po pierwsze: nie pozwalasz, aby choroba powstrzymywała cię w życiu; po drugie: obserwujesz swoje myśli i gdy tylko zafiksujesz je na chorobie, natychmiast skupiasz się na czymś innym; po trzecie, chyba najważniejsze z tego co mówiłeś: świadomość śmierci zmusiła cię do większej aktywności. Uświadomiłeś sobie, że twój czas na świecie jest ograniczony. Pewnie wiedziałeś już o tym wcześniej, ale ludzie na ogół o tym nie myślą – żyją bez świadomości upływającego czasu. Natomiast ciebie choroba zmusiła do myślenia o tym jak wykorzystać pozostały czas, jak wykorzystać każdą chwilę.

BC: Dokładnie tak. Dzień po badaniu nagrałem płytę z przyjacielem. Byłem chory, leżałem w łóżku i nagrywałem. Czułem, że musiałem wykorzystać fakt, że nadal żyję. Nie chciałem siedzieć i się pogrążać, co w dużej mierze zawdzięczam tobie – nauczyłeś mnie stawiać czoła przeciwnościom. Wiem, że w każdej chwili mogę umrzeć, tak jak każdy. Dla mnie to było bardzo trudne przeżycie, które chciałem przelać na muzykę; nigdy wcześniej czegoś takiego nie przechodziłem – zupełnie nowy stan emocjonalny.

BM: Domyślam się, że różne emocje targały twoim sercem.

BC: [Śmiech] Tak, arytmia to dziwna sprawa.

BM: To nasuwa mi pytanie, które chyba trochę odbiega od tematu, a mianowicie gdy oglądam cię na YouTube wyglądasz, jakbyś był na wyższym poziomie świadomości. Zastanawiam się, co czujesz podczas występu? O czym myślisz, gdy „odpływasz” podczas grania?

BC: Ciężko to określić – może jako przejażdżkę, podczas której nie zastanawiasz się tylko cieszysz podróżą. Niezwykły stan, jakby oddzielenie od ciała, w sumie sam nie wiem…

BM: To ciekawe. Na filmikach twoje palce wyglądają, jakby żyły własnym życiem. Myślę, że powinieneś obejrzeć te filmy, bo wyglądasz na nich, jakbyś doświadczał czegoś poza-cielesnego. O to ci chodziło?

BC: [Śmiech] Dużo mi w tym pomogłeś. Podczas moich niedawnych koncertów czułem jedność z publicznością – między nami wytworzyła się więź i to było cudowne doświadczenie, jedno z lepszych, jakie miałem. Późniejszy występ nie był już tak udany: publiczność stała jak wryta, a jacyś kolesie głośno narzekali. Wtedy przypomniałem sobie naszą rozmowę o dawaniu i nie oczekiwaniu niczego w zamian. Pamiętam to dobrze, bo zawsze się tym bardzo przejmowałem. Przede mną było wtedy jeszcze siedem koncertów i bałem się, że nie dam rady. Odepchnąłem te myśli – powiedziałem sobie, że dam z siebie wszystko. Tak, jak rozmawialiśmy wcześniej o tożsamości, przestałem martwić się tym co mówią i skupiłem uwagę na sobie. Uwolniłem się i mogłem zagłębić w ten stan, który określiłeś „poza-cielesnym”. Nie wiedziałem nawet, że tak umiem. To było niesamowite.

BM: Jestem pod wrażeniem postępu, jaki zrobiłeś. Pamiętam nasze pierwsze sesje, jeszcze telefoniczne, kiedy mówiliśmy o twojej wewnętrznej tożsamości i bezinteresownemu obdarowywaniu bez przejmowania się tym, co mówią inni – trzymaniu swojej tożsamości wewnątrz. Teraz opowiadasz mi, jak tamtego wieczora stałeś na scenie przed znudzoną publicznością i dwa dupki rozmawiały w środku koncertu, a ty potrafiłeś utrzymać skupienie. Dla mnie to właśnie jest szczytem artyzmu: utrzymanie koncentracji bez względu na reakcję publiczności. Wiesz, że czasem możesz trafiać do ludzi nawet o tym nie wiedząc, bo nikt ci o tym nie powie.

BC: To pewnie kwestia osobowości.

BM: Wielu ludziom wydaje się, że łatwo jest osiągnąć sukces. Z doświadczenia jednak wiem, że sukces wymaga ogromnego nakładu pracy. Gdy patrzę na twoją grę, widzę człowieka ćwiczącego samotnie w pokoju przez setki tysięcy godzin. Może zabrzmię stereotypowo, ale myślę, że wielu muzyków nie stać na takie poświęcenie – nie mają w sobie takiej samodyscypliny. Myślę, że przekłada się to na twoją imponującą wiedzę muzyczną.

BC: Ja po prostu kocham to robić, nie myślę o tym jak o ciężkiej pracy. Zaczynam ćwiczyć i dopiero po jakimś czasie uświadamiam sobie ile mi to zajęło. To coś w rodzaju transu, jak na koncercie. Mówiłeś mi kiedyś, żebym skupiał się bardziej na teraźniejszości. Ostatnio gram dużo muzyki klasycznej, która wymaga dużego zaangażowania – staram się jej po prostu słuchać i grać: najpierw delikatnie, potem nieco głośniej; jak byłem mały grałem bardziej „podręcznikowo”, a teraz gram jak mam ochotę. Tak, jakbym przez muzykę opowiadał o swoim życiu. Kiedyś grałem Bacha zgodnie z zasadami, teraz gram po swojemu, jak czuję. W sumie nie wiem, czy to co mówię ma sens, ale…

BM: Jak najbardziej ma sens. Powiedz proszę coś więcej o wyrażaniu swojego życia przez muzykę.

BC: [Westchnienie] To przenoszenie doświadczeń życiowych na muzykę. Ostatnie dziesięć lat było dla mnie bardzo trudne, ale chyba dzięki temu mam wrażenie, że moja muzyka zyskała na głębi. Odczuwam jakby bardziej intensywnie, przywołuję wspomnienia, przeżywam pewne rzeczy na nowo…

BM: To bardzo ważna kwestia, lecz nie wiem, czy wyrażę się jasno: jest różnica między zaawansowanym poziomem technicznym, który reprezentujesz oraz emocjami, z którymi grasz. Uczucia wymagają życiowego doświadczenia, trudów i wszystkiego tego, czego w życiu nie chcemy. Mówisz o tym – popraw mnie, jeśli się mylę – że im więcej przeżywasz, tym więcej emocji towarzyszy muzyce. Dziecko, które wiele w życiu nie przeszło, może grać technicznie bardzo dobrze, ale wkład emocjonalny będzie niewielki.

BC: Miałem wspaniałe dzieciństwo i w ogóle dobre życie, ale od pewnego czasu jest mi bardzo ciężko. To wciąż dla mnie trudne. Nie jest tak, że myślę o sobie: „ale fajnie, że tyle przeszedłem”. Nie wiem, czy to ma związek…

BM: Ma w stu procentach. Wiele doświadczyłeś, więcej niż tylko „granie muzyki”. Czy chciałbyś o czymś opowiedzieć?

BC: Moi rodzice odeszli, to chyba jedyne. Gdy gram, czuję ich przy sobie – są w mojej muzyce. Lubili mnie słuchać.

BM: Czujesz ich obecność podczas gry?

BC: Czuję więź, jakbym otwierał jakieś przejście, nie wiem jak to powiedzieć. Granie bardzo mnie uspokaja, może dlatego, że przypomina mi jak dla nich występowałem.

Potem miałem problem z plecami, bardzo poważny. To kolejna sprawa, która mnie przytłoczyła. Wtedy znów twoje metody bardzo mi pomogły. Bardzo mnie bolało, a nigdy nie brałem nic przeciwbólowego. Nie wiedziałem co mi jest i nawet jak to się stało. Szukałem odpowiedzi, wypatrywałem jak spadającej gwiazdy, i szczęśliwie po jakimś czasie znalazłem ją: była nią książka Foundation Erica Goodmana. Zadzwoniłem do niego. Na szczęście odebrał i umówiliśmy się na spotkanie. Po dwudziestu minutach rozciągania poczułem się trochę lepiej, więc rozpocząłem regularny trening. Eric razem ze swoim wspólnikiem Peterem Parkiem bardzo mi wtedy pomogli, to im zawdzięczam powrót do formy.

BM: Czyli te ćwiczenia wzmocniły twój kręgosłup, pomogły rozluźnić mięśnie?

BC: Dokładnie. Wielu ludzi uważa je za coś w stylu Yogi – bardzo specyficzne – ale mi pomogły: wzmocniły mnie, dodały pewności siebie. Zawsze byłem słaby fizycznie. Miałem kiepską posturę, bo byłem nieśmiały i do tego wysoki, a ćwiczenia nauczyły mnie prawidłowej postawy – zmusiły do wyprostowania. Zauważyłem też, że trening wpłynął na sposób mojej gry – muzyka klasyczna wymaga wyprostowanej pozycji – ponieważ ból nie przeszkadzał mi już w poprawnym wykonywaniu ćwiczeń. Z perspektywy czasu myślę, że problem z plecami to jedna z ważniejszych lekcji w moim życiu – gdyby nie on, nigdy nie zmieniłbym swoich nawyków. Miałem szczęście, że znalazłem te ćwiczenia, a nie użyłem półśrodków. Plecy wciąż mi czasami dokuczają, ale nie tak bardzo jak kiedyś – bez porównania.

W sumie te trzy rzeczy: problemy z sercem, rodzice i ból pleców wydarzyły się w ostatnich latach. Pamiętam, jak w 2009 roku zaczęliśmy spotkania i z jak wielu kwestii nie zdawałem sobie wówczas sprawy – miałem swoje rutyny i nie zastanawiałem się za bardzo nad sobą. Od tamtego czasu zacząłem się przed sobą otwierać, poznawać, szczególnie wtedy, gdy złapał mnie ból pleców.

BM: Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Byłeś wtedy tak bardzo przygarbiony, że niemal mi się kłaniałeś.

BC: [Śmiech] No dzięki.

BM: Nie widziałem nawet twojej twarzy, bo wbijałeś wzrok w podłogę. Teraz, jak wchodzisz widzę, że jesteś wysoki, masz wypiętą pierś, pokazujesz twarz – sprawiasz wrażenie silnego i pewnego siebie. Na pewno przyczyniły się do tego ćwiczenia postawy – widać wyraźnie, że twoje ciało wspiera plecy i plecy wspierają ciało. To ważne również pod względem psychologicznym, bo już nie ukrywasz się przed światem z obawy przed tym, że może stać ci się krzywda – należysz do tego świata, żyjesz w nim bez lęku. To tak, jakby twoja sylwetka manifestowała swą obecność w świecie zdecydowanie mocniej niż podczas naszego pierwszego spotkania.

BC: Zmieniłem sposób myślenia, a to dzięki temu czego mnie nauczyłeś. Zmiany w umyśle wywołały zmiany w ciele ­– to pokręcone.

BM: Zupełnie, jakby twoje ciało musiało nadążyć za umysłem.

BC: Dokładnie tak.

BM: No dobrze. Pozwól, że wrócę do tego co wcześniej mówiłeś o przeciwnościach losu. Mianowicie trudności, np. bóle pleców, mogą czasem być pomocne w tym znaczeniu, że dają kopa w tyłek i zmuszają do wprowadzenia w życiu zmian, które musisz wprowadzić.

BC: Tak to było i jestem za nie wdzięczny. Nie poddawałem się przeciwnością, ale nie było to wcale łatwe. Pamiętam, jak pierwszy raz złapał mnie ból pleców: nie mogłem się ruszyć, myślałem, że się rozlecę. Powtarzałem sobie wtedy, że muszę dać radę, że muszę iść do przodu i szukać rozwiązania.

BM: Jesteś sławny. Zastanawiam się, czy spotkałeś na swojej drodze ludzi, którzy chcieli to w jakiś sposób wykorzystać? Jeśli tak, to jak sobie z nimi poradziłeś?

BC: Lubię film Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną.

BM: [Śmiech]

BC: A poważnie to nie, nie znam nikogo takiego, choć niektórzy moi przyjaciele mieli takie sytuacje i wiem, jak to bywa. Ja niczego takiego nie doświadczyłem.

BM: Jest jeszcze jedna sprawa, o którą chcę cię zapytać. Nie jest to może bardzo ważne, ale wiem, że twoi fani byliby wkurzeni, gdybym nie zapytał. Twój pseudonim, Buckethead, wziął się z tego, że swoje pierwsze występy wykonywałeś z kubełkiem KFC na głowie. Mógłbyś nam opowiedzieć jak na to wpadłeś? Co cię do tego skłoniło?

BC: W sumie wiele się nad tym nie zastanawiałem. Zjadłem kurczaka z moim tatą, swoją drogą nie użyłem wtedy kubełka KFC, tylko innej firmy, nie pamiętam jakiej. Miałem również maskę Michaela Myersa [postać z filmu Halloween – przyp. AR], która trochę nie pasowała, ale założyłem ją. Spojrzałem w lustro i powiedziałem do siebie: „To jest Buckethead!”  [śmiech]. Tamtego wieczora mój kolega, który miał warsztaty filmowe w college’u, nakręcił mnie jak gram na gitarze. To był Joe Gore, wiele mu zawdzięczam. To on przekonał mnie, żebym występował jako Buckethead, bo ja sam bardzo bałem się grać przed publicznością. Przebranie mnie bawiło – wyglądałem jak postać z horroru – ale nie myślałem, żeby się w nim pokazywać. Dopiero po jakimś czasie pomyślałem, że występując jako postać, która budzi strach, mógłbym robić rzeczy, na które normalnie nie mógłbym sobie pozwolić. Wiesz, lubię Disneyland, sztuki walki, taniec, ale nie mógłbym tego robić po prostu jako ja. Kostium daje mi taką możliwość.

BM: Czyli odgrywasz postać na scenie?

BC: Tak, ale w sposób, który bardziej przypomina mnie samego.

BM: Rozumiem. Przebranie jest więc sposobem wyrażania samego siebie?

BC: Dokładnie tak. Dla mnie to niezła zabawa.

BM: Bardzo ciekawie się na ciebie patrzy, bo ciężko zrozumieć, jak w ogóle można w takim stroju grać na gitarze. Masz jakieś otwory na oczy, lub coś takiego?

BC: Wiesz, nawet nie muszę, bo ręce same wiedzą co robić. To tak, jakbym pisał – nie myślę o tym, tylko wpadam w swój trans, o którym rozmawialiśmy wcześniej. Trudno mi patrzeć przez maskę, ale to nawet dobrze, bo nie widzę wyraźnie publiczności. Mówiłeś mi kiedyś o „zasypywaniu publiczności” – ja nie muszę nawet tego robić, bo jej po prostu nie widzę. Są dla mnie jak duchy – i podoba mi się to.

BM: Wspomniałeś o „zasypywaniu publiczności” pozwól więc, że wyjaśnię słuchaczom o co chodzi. Wszyscy boimy się występów publicznych. Mówiąc: „publiczność” mam na myśli zarówno tłum ludzi, jak na twoich koncertach, jak i pojedyncze osoby, którym chcemy przekazać coś ważnego. W takich sytuacjach przytłacza nas, o czym mówiliśmy wcześniej, obawa przed tym jak zostaniemy odebrani. Nie ma znaczenia rozmiar audytorium. Zbyt wiele uwagi poświęcałeś swoim słuchaczom i trudno ci było uzyskać odpowiednie skupienie na graniu. Technika „zasypywania” polega więc, w pierwszym etapie, na wyobrażeniu sobie publiczności przykrytej cienką warstwą ziemi. Chodzi o to, żeby odciąć się od świata zewnętrznego – nic się nie przebije przez ziemię. W drugim etapie wyobrażasz sobie fontannę światła bijącą z twego wnętrza, którą rozświetlasz całe pomieszczenie. W ten sposób to ty stajesz się źródłem światła – odsłaniasz przed światem swoje wnętrze i nie przyjmujesz niczego w zamian.

BC: Zgadza się.

BM: Czy są jacyś ludzie, zarówno w branży muzycznej, jak i poza nią, którzy cię inspirują? Co cię w nich inspiruje?

BC: Na pewno ty. W dużym stopniu mnie inspirujesz, choć trudno mi powiedzieć jak. Nasze spotkania wpływają na mnie w sposób, który mi się podoba. Mogę porozmawiać z tobą o wszystkim, nawet jeśli nie rozumiem od razu. Wiele się nauczyłem dzięki tobie, co pomaga i w różnych sytuacjach. W sumie nie wiem, czy można to nazwać inspiracją, ale jesteś osobą, która ma na mnie największy wpływ.

BM: Bardzo ci dziękuję, doceniam to co mówisz.

BC: Poza tym Bootsy Collins – był dla mnie mentorem. Bardzo go lubiłem, gdy byłem dzieckiem. Po latach spotkałem go osobiście. Bardzo wielu rzeczy mnie nauczył; robił to z ogromnym wyczuciem, nigdy nie dawał prostych wskazówek typu „rób to i to, żeby dostać to czy tamto”. Czułem z nim więź duchową – nawet teraz, gdy o nim mówię. Trudno to opisać: najpierw był moim bohaterem z dzieciństwa, potem się zaprzyjaźniliśmy.

Następną osobą jest Michael Jordan, jego plakat wciąż wisi w moim pokoju. Zawsze otwarcie mówił o tym, jak w swojej karierze nie trafiał do kosza i jak kolejne porażki doprowadziły go w końcu na szczyt. Uwielbiam ten plakat – przypomina mi, że porażki wcale nie muszą być przeszkodą.

Jest też gitarzysta, którego bardzo sobie cenię – Paul Gilbert. Pierwszy raz zobaczyłem go na targach NAMM, jak siedział na podeście i grał – z taką precyzją i kontrolą – w ogromnym skupieniu. Rozmawialiśmy wcześniej o transie podczas występu i właśnie tak to wtedy wyglądało. Chciałbym mieć z tego jakieś nagranie, czy coś. Chciałem bardzo się od niego uczyć. Chodziłem na lekcje, którym zawdzięczam pewność siebie i wiarę we własne umiejętności. Moi rodzice wtedy też bardzo mi pomogli – sam nie wiedziałem jeszcze co i jak.

BM: Czy był to początek twojej kariery muzycznej?

BC: Tak, w tym sensie Paul zachęcił mnie do tego. Jakim był nauczycielem to jedna sprawa, druga to sposób w jaki traktował przestrzeń dookoła. Mam na myśli, że mieszkał w bardzo ciasnym mieszkaniu i wcale mu to nie przeszkadzało – był tak skupiony na muzyce. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Był – jest – dobrym nauczycielem i miałem wiele szczęścia, że zgodził się mnie uczyć, i że moim rodzicom chciało się mnie wozić taki kawał drogi na lekcje. W głowie wciąż mam obraz Paula grającego w niemal laserowym skupieniu.

BM: To ciekawe, szczególnie w kontekście naszej wcześniejszej rozmowy o tożsamości. Myślę, że w Paulu najbardziej inspirował cię fakt, że organizował on swoją tożsamość wokół muzyki, a nie wokół mieszkania, czy czegoś innego.

BC: Tak. Pamiętam go z targów NAMM – grał jakby w głębokim transie. Nie wiem, czy by się ze mną zgodził, ale wtedy tak dla mnie wyglądał: jakby osiągnął szczyt możliwości, tak samo jak Michael Jordan czy Bruce Lee. Takich chwil się nie zapomina.

BM: Ludzie, którzy całkowicie poświęcają się swojej praktyce – dają z siebie wszystko – na pewno są inspirujący, bo chcesz być tak samo dobry jak oni.

BC: Jak najbardziej. Wtedy chciałem, żeby moje palce wyglądały tak jak jego. Jest jeszcze jeden gitarzysta: nie żyjący już Shawn Lane, którego muzyka brzmi dla mnie jakby pochodziła z innego wymiaru. To najbardziej niesamowity muzyk, jakiego widziałem i słuchałem – jego muzyka wykracza poza to, co mogę zrozumieć. Kilka razy mięliśmy okazję się spotkać i pamiętam, że miał ogromną wiedzę – dużo czytał i zapamiętywał. Niesamowity gość, dużo by o nim mówić. Jest dla mnie wielką inspiracją. Szkoda, że już nie żyje, ale energia takich ludzi wykracza daleko poza ich stan fizyczny – będzie z nami na zawsze, tak jak Bruce Lee, czy Jimmy Hendrix, których energia jest silniejsza od ciała. Tak myślę.

BM: Podobnie jak energia twoich rodziców w twojej muzyce.

BC: Tak.

BM: Czy masz do mnie jakieś pytania?

BC: Czy widzisz we mnie coś, czego nie robię, lub mógłbym robić lepiej? Wiesz, czasem moje serce daje mi się we znaki i po prostu boję się zawału, śmierci. Nie jest już tak źle jak było, już mnie tak nie boli i przynajmniej mogę pracować. Te dwie sprawy. W sumie nie wiem, czy to dobre pytania…

BM: To bardzo dobre pytania. Słuchaj, nie jestem lekarzem i nie powiem ci, jakie masz brać leki i co powinieneś robić. Poza tym, tak – jest coś, co chciałbym żebyś zrobił najlepiej jak potrafisz. Wiedz, że zamartwianie się o serce wcale Ci nie pomaga, tylko szkodzi. Pamiętaj, że jak tylko podczas grania czy pisania zaczniesz zastanawiać się i martwić swoim sercem – tym bardziej, że nie będziesz w stanie nic z tym zrobić – to po pierwsze: powiedz tym myślom „spieprzajcie!”, a po drugie: skup całą swą uwagę na tym, co robiłeś i to tak mocno, jakby od tego zależało twoje życie; bo w istocie zależy, tak samo jak twój duch, twoja muzyka, całe twoje życie od tego zależy. Musisz myśleć w kategoriach nagłego przypadku. Opowiadałeś o problemach zdrowotnych, które doświadczyłeś przez ostatnią dekadę, ale z drugiej strony pozwoliły ci docenić wartość życia. Chciałbym, abyś o tym pamiętał szczególnie w takich sytuacjach, żebyś skupił się na tym i nie zadręczał się. Dbaj o siebie – zamartwianie się nie jest dbaniem o siebie, tylko igraniem ze swoimi myślami. Wiele przeszedłeś od 2009 roku. Czasem dobrze, gdy wszystko spada na ciebie w jednej chwili. Radzisz sobie coraz lepiej, ale musisz być jeszcze bardziej zdyscyplinowany i zdeterminowany. Wyłapuj negatywne myśli i odrzucaj je. Powtarzaj sobie: „poważnie traktuję swoje życie, wiem, że kiedyś umrę”. Liczy się każda chwila. Rozumiesz, o czym mówię?

BC: Tak, dziękuję.

Oceń treść? 1 gwiazdka2 gwiazdki3 gwiazdki4 gwiazdki5 gwiazdek (Brak ocen)

Loading...

Źródła:

Odpowiedz:

Twój adres email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.